Wybierz interesujący Cię folder:

CODZIENNE PRYWATNE SPRAWY

DO URZĘDU SKARBOWEGO

DRUKI KADROWE

SPÓŁKA z o.o.

ZALEGŁOŚCI W ZUS, US, KOMORNIK

 

Wybierz interesujący Cię folder:

UMOWY RÓŻNE

UMOWY DLA HODOWCÓW PSÓW

 

Przygotowując się do stworzenia tej strony internetowej próbowałem podejrzeć, co też słychać na podobnych stronach u konkurencji. Nie zbudowało mnie to. Sama dostojność, godność i majestat, same komunały o „misji do wypełnienia”, „ideałach im przyświecających”, „zasadach, które nimi w życiu kierują”, „najwyższej powadze, z jaką podchodzą do wykonania swoich codziennych, ciężkich zadań”.    

Co jedno motto na stronie to bardziej zadęte. A to o rzetelności, a to o powadze, profesjonalizmie, odpowiedzialności, jakości, niskich kosztach… Aż z przekory chciałoby się zakrzyknąć „Po co masz iść gdzieś indziej i dać się oszukać. Przyjdź do nas!”.

Ludzie! Przecież to nie tak!

Biuro, jakie jest, każdy widzi. Każdy też wie, jakie warunki takie Biuro powinno spełniać. I moje je spełnia. Posiada licencję Ministra Finansów (MF…..), ma wykupione wymagane Rozporządzeniem MF (Dz. Ustaw nr 234, poz. 1576 z 30.12.2008 r.) ubezpieczenie OC, zatrudnia osoby z doświadczeniem które, co oczywiste, starają się jak najlepiej wykonać swoją pracę.

Oferuje też pełen zakres usług:

 

  • kompleksowo prowadzimy książki podatkowe i Księgi Handlowye,
  • obsługujemy całkowicie ZUS-y, kadry i płace (choć wynagrodzeń z własnych środków pracownikom Klientów staramy się nie wypłacać),
  • przejmujemy pełną reprezentację Klientów przed US, ZUS i wszystkimi innymi instytucjami próbującymi uprzykrzyć im życie,
  • udzielamy porad księgowych i prawnych,
  • wszystkie dokumenty odbieramy od Klienta, choć on zawsze jest w Biurze mile widziany.

 

Moim zdaniem ważniejsze jest pokazanie dlaczego robię to lepiej niż inni i skąd mi się to wzięło. A wzięło mi się to z własnego doświadczenia:

Jak już pisałem na stronie „o mnie”, moja przygoda z księgowością zaczęła się w połowie lat 90-tych. To była taka „szorstka przyjaźń”. Ja ją już lubiłem, ona mnie jeszcze nie. Ja próbowałem ją obłaskawić, ona się stawiała. Gdy wydawało mi się, że już, już – dostawałem po nosie. Klasyczna „gra wstępna”. Cóż, byłem wtedy samoukiem, a moje konszachty z księgowością ograniczały się do radzenia sobie samemu i do życzliwego podpowiadania znajomym.

I nastał rok 2000. Rok kończący Milenium. Rok zmian i niepewności, rok strachu o globalną sieć internet, rok niepokoju, czy mój mikser do drinków posiada certyfikat zgodności 2000. Udało się! Posiadał!

Ponieważ od paru lat przyglądałem się jak rozwijał się u nas system podatkowy, rosłem i dojrzewałem razem z nim uznałem, że wiem już na tyle dużo, aby moją wiedzę zacząć wykorzystywać profesjonalnie. Założyłem swoje Biuro Rachunkowe. I siedzę w tym do dziś. Rozwijam się, dokształcam, uczę, dojrzewam, studiuję, szkolę, edukuję, praktykuję, doskonalę. A więc zmieniam.

Jedno tylko nie zmieniło się u mnie od początku. Nie zmieniło się podejście do problemu. Ponieważ edukowałem się na własnej skórze pamiętam, jak zadawałem sobie pytanie, w jaki sposób najlepiej dla mnie, podatnika, rozwiązać dany problem. Pamiętam, jak za swoje błędy byłem przez urzędników ścigany, jak próbowałem się wykręcić.

Dlatego też nigdy nie odpowiadam na pytanie Klienta „Czy mogę to odliczyć od podatku”, bo na tak postawione zazwyczaj odpowiedź ma Urząd Skarbowy. I najczęściej brzmi ona: NIE!

Ja staram się zadawać sobie pytanie:

 

  • Kiedy mogę?
  • Co muszę zrobić, żebym mógł?
  • Co mi grozi, gdy jednak zdecyduję, że mogę, a wydaje się, że nie mogę?   

 


Bo tylko tak postawione pytania otwierają nowe możliwości, są kreatywne i wymuszają inne podejście do zagadnienia.

Wiem również jak funkcjonuje system komputerowy ZUS, skąd bierze się bałagan u nich, dlaczego jednych ścigają za niezapłacone składki, a innych latami nie. Niestety, nie wiem, jak w ogóle tych składek nie płacić. Ale nad tym pracuję ;)

Jeżeli więc, Drogi Potencjalny Kliencie, prezentujesz podobny punkt widzenia na obowiązki podatkowe, jeżeli tak jak ja - płacisz podatki, ale fanatykiem w tej dziedzinie nie zamierzasz być, jeżeli przekonałem Cię choć trochę - zapraszam dalej.

Obejrzyj sobie ofertę. Wejdź na stronę cennik i sprawdź, co Cię ewentualnie czeka. Przejrzyj artykuły napisane przeze mnie na stronie aktualności. Może któryś z nich rozwiąże Twój aktualny problem. Albo po prostu zadzwoń lub napisz.

Pytaj bez opamiętania. Z przyjemnością odpowiem.    


Wojciech Kornak

W budowie ...

Urodziłem się w Warszawie w roku, w którym powołano do życia Polską Akademię Nauk i Wojskową Akademię Techniczną. Już sam ten fakt powinien spowodować u mnie, od najmłodszych lat, niepohamowany pęd do nauki. Nie spowodował!

Pierwsze lata życia mijały mi na zdobywaniu podstawowych umiejętności przedstawiciela gatunku ludzkiego. Uczyłem się chodzić… mówić… biegać… jeść (tu zanotowałem szczególne osiągnięcia).

Pominąłem w swoim życiu okres przedszkolnej integracji. Nie uczęszczałem do przedszkola ani w systemie dziennym, ani wieczorowym, czy też zaocznym. Swoje umiejętności z zakresu nauk społecznych (głównie konflikty z ówcześnie znienawidzoną i obciachową płcią przeciwną – to już mi przeszło!), czy też doświadczenia z zakresu nauk ścisłych, a zwłaszcza fizyki – jaki tor zakreśli w powietrzu rzucony w kolegę samochodzik? - zdobywałem głównie na podwórku w piaskownicy, gdzie często zostawiała mnie mama.

W wieku 7 lat rozpocząłem nowy etap w moim życiu. Tak, dopiero w wieku 7 lat. Ale nie z uwagi na moje intelektualne opóźnienie, raczej ze względu na ówcześnie obowiązujący system kształcenia podstawowego. Już od pierwszej klasy obiecałem sobie, że będę bardzo dobrym uczniem. Słowa nie dotrzymałem. Wykazywałem jedynie zapał do przedmiotów ścisłych, powodując w mieszkaniu dwa wybuchy i jeden pożar. Po wyjaśniającej mi wiele rozmowie z ojcem (pamiętam do dziś, bolało), porzuciłem fizykę z chemią i oddałem się matematyce. Szkołę podstawową zakończyłem, ku uciesze wszystkich - i mojej i całego grona pedagogicznego (pamiętam te ich odprężone twarze) - w przewidzianym programem terminie.

Podjąłem pierwszą życiową decyzję. Wybrałem szkołę średnią. Padło na XLVIII Liceum Ogólnokształcące im. E. Dembowskiego na Ochocie. Jedno z trzech, w tamtym okresie, najlepszych w Warszawie. Ale nie to było moim kryterium wyboru. Ono było najbliżej mojego domu. Ponieważ egzamin wstępny nie stanowił dla mnie większego problemu, swój cel zrealizowałem.   

Szkoła ta, oprócz mnie, wyedukowała wiele wybitnych osób. Skończyli ją również Korneliusz Pacuda, prof. Paweł Śpiewak (razem ze mną), Tomasz Zubilewicz czy Kayah.

Po maturze przyszedł czas na studia. Za namową ojca, wbrew własnym przekonaniom, wybrana została Mechanika Precyzyjna na Politechnice Warszawskiej. Egzaminy zdałem, zostałem przyjęty.

Moje życie zaczęło toczyć się w wielkim pędzie. Nowi ludzie, nowe doświadczenia, kluby studenckie, rajdy, Juwenalia, nauka… No nie, na naukę to już akurat czasu nie było. Tym bardziej, że to było nudne i nie interesowało mnie wcale. Ale solidny podkład i przygotowanie na poprzednich poziomach edukacji pozwoliło mi „prześlizgać się” na Politechnice przez 3 lata. Aż w końcu, po nie zaliczonym komisyjnym egzaminie z matematyki Politechnika powiedziała: dość! I skreśliła mnie pewnego majowego dnia z listy swoich studentów. Bardzo mnie to zabolało. Mnie? Przez matematykę?

Bezpośrednio po tym egzaminie wsiadłem w tramwaj i pojechałem na Krakowskie Przedmieście. Złożyłem dokumenty wymagane do egzaminu wstępnego na Wydział Matematyki Uniwersytetu Warszawskiego. Egzaminy zdałem i zostałem przyjęty.

Nowi ludzie, te same kluby, podobne rajdy, nowe doświadczenia, nowa… dziewczyna? No i tu się coś w beztroskim planie zacięło. Ożeniłem się. Pojawiła się też, nie wiedzieć skąd, nauka. Wydział Matematyki skończyłem bez problemów z oceną elegancką.

Poszedłem do pierwszej w życiu pracy w „budżetówce”. Przekonałem się, że nie jest moją pasją bezmyślnie wykonywanie poleceń przełożonych. Szybko odkryłem dzisiejsze znaczenie zwrotu „szeroki zakres odpowiedzialności” (co znaczyło, że każdy w biurze mógł mi rozkazywać), „dobre zdolności komunikacyjne” (wysłuchaj kierownika, później zgadnij co chciał powiedzieć i wykonaj to bezbłędnie) czy „umiejętność radzenia sobie ze stresem” (codziennie rano „dywanik” u szefa).

Dlatego, gdy 1990 roku „uwolniono gospodarkę” i można było „iść na swoje”, skwapliwie z tego skorzystałem. Rzuciłem się w wir przedsiębiorczości. Zakładałem firmy, rozwijałem się, upadałem, dźwigałem na nogi – działałem.

W tym czasie też zrozumiałem, że jedynym miejscem, w którym mają zbyt wygórowane pojęcie o moich możliwościach jest mój Urząd Skarbowy. Próbowałem to zmienić. Nie było łatwo. Bo jak mawiają daltoniści: Życie jest jak tęcza – raz biało, raz czarno. Ja też trochę wygrałem, trochę przegrałem, ale wiele się nauczyłem. Dlatego, gdy w podobne kłopoty popadli moi znajomi, zacząłem im pomagać.

Od tego się zaczęło…


Wojciech Kornak