Dla pieniędzy ludzie są w stanie pójść na wszystko. Nawet do pracy.

Tyle tylko, że zaraz po tym chcą, żeby im za tę pracę zapłacić. I to by jeszcze najgorsze nie było. Ale za nimi już ustawia się w kolejce cały aparat urzędniczy, który najpierw potworzył dziesiątki funduszy, programów, odpisów, a teraz próbuje je przy pomocy czyichś pieniędzy utrzymać i jeszcze wykazać celowość ich i swojego, przy okazji, istnienia. Ale jak to zwykle z tym „aparatem urzędniczym” bywa – posługuje on się tworzonym nieudolnie przez siebie dziurawym prawem i dziwi się, że przyzwoici ludzie ośmielają się z tych dziur od czasu do czasu skorzystać.

Niniejszy tekst ma na celu (i mam nieśmiałą nadzieję, że ten cel przynajmniej w części osiągnę) zebranie w jednym miejscu najbardziej istotnych informacji i wyjaśnienie na co można, a na co nie wolno sobie przy zatrudnianiu pracownika pozwolić. Żeby nie zanudzić natomiast nikogo przydługimi wywodami – jeżeli chodzi o znane praktycznie wszystkim formy zatrudnienia – ograniczę się do ich wymienienia. Odrobinkę szerzej omówię tylko owe „dziury”, które pozwalają na optymalizację podatkową. Podkreślam: OPTYMALIZACJĘ, a nie unikanie ich płacenia (jaka jest między tym różnica – zapraszam na swoją stronę http://www.levelus.pl/podatkowy.info/czy-wolno-obchodzic-przepisy-podatkowe - jest tam o tym artykuł sprzed roku).

 

Podstawowe, najbardziej popularne formy zatrudnienia:

  1. Umowa o pracę. Jest to oczywiście najprostsza, najpowszechniejsza i najmniej korzystna forma z punktu obciążeń dla pracodawcy. Ale też często jedyna i bez wyjścia.

  2. Umowa o dzieło. Jest zwana „umową rezultatu”. Przyjmujący dzieło do wykonanie gwarantuje, że będzie ono takie, jak w tej umowie zapisano. W celu osiągnięcia tego rezultatu jest bardzo samodzielny, i zasadą jest, że może zlecać wykonanie tego dzieła swobodnie osobom trzecim, nie musi wykonywać jej sam. Jest to opcja znacznie tańszego pozyskania pracownika, co więcej – opcja, która nie wiąże pracodawcy koniecznością stałej współpracy. Umowy o dzieło mogą mieć dwie formy: z prawami autorskimi i bez.

  3. Umowa zlecenia jest umową „należytej staranności”. To znaczy, że podejmujący się umowy zlecenia zobowiązuje się dochować należytej staranności, żeby założony rezultat osiągnąć, ale osiągnięcia go nie gwarantuje. Umowę zlecenia należy wykonywać samodzielnie (nie możemy przecież gwarantować należytej staranności u kogoś innego, nie mamy na to wpływu).

 

Umowa o dzieło i umowa zlecenia różnią się przede wszystkim kosztami (bo takie kryterium do oceny tych umów dziś przyjąłem), jakie w związku z nimi ponosi zlecający dzieło bądź umowę. Umowa o dzieło nie jest objęta żadnymi składkami ZUS. Płaci się od niej tylko podatek odliczając od kwoty umowy albo 20% (przy zwykłej umowie o dzieło) albo 50% (przy umowie z prawami autorskimi) kosztów uzyskania przychodów

Umowa zlecenia jest natomiast objęta składką społeczną i zdrowotną, może być objęta również dobrowolnie chorobową – ale to tylko dla naiwnych, bo przy umowach trwających zazwyczaj 30 dni nigdy z takiej składki nie można skorzystać (prawo do świadczenia chorobowego nabywa się dopiero po 30 dniach, a więc w momencie jak się już skończy umowa – przy nowej umowie prawo to zaczyna się nabywać od początku).

Przykładowo, jeżeli wykonujący pracę ma dostać do ręki 2000 zł, to łączne koszty takiego rozwiązania są następujące:

Rodzaj umowy

„do ręki”

Łączne koszty

Odprowadzona kwota

o pracę

2000

3350

1350

zlecenia

2000

2700

700

o dzieło bez praw autorskich

2000

2350

350

o dzieło z prawami autorskimi

2000

2200

200

 

I właśnie to najbardziej boli ministra Opodatkuję Wszystko Rostowskiego. To, że przy umowie o dzieło zamiast zlecenia lub umowie zlecenia zamiast o pracę trafia do niego o tyle mniej pieniędzy, przy tym samym wynagrodzeniu odebranym przez pracownika. Stąd te kontrole ZUS.

 

Teraz o tych lukach, to znaczy, o optymalizacji. Przedstawię tu trzy wybrane. Jest ich oczywiście całe mnóstwo, ale większość z nich zależy od splotu jakichś okoliczności. Te trzy poniższe są, według mnie, dość często spotykane i w miarę „ogólne”.

1. W ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych istnieje art. 8. Mówi on generalnie o tym, że jeżeli ktoś zatrudniony na umowę o pracę zarabia nie mniej niż najniższą pensję (na dziś 1600 zł) miesięcznie, to od zawartej umowy zlecenia (ale nie z własnym pracodawcą) odprowadza już tylko składkę zdrowotną (260 zł). Podobnie jest, gdy ma zawarte dwie umowy zlecenia z różnymi zleceniodawcami: pełne składki opłaca od tej, którą zawarł wcześniej. I już „drobnym druczkiem” dopisane jest, że zleceniobiorca może sam wskazać umowę, z której chce opłacać pełną składkę. Jak to wygląda w praktyce? Podpisujemy z kimś umowę zlecenia na wynagrodzenie w wysokości 8 tys. zł. Ale okazuje się nagle, że ten ktoś podpisał wcześniej, bądź wskazał do rozliczenia umowę, którą zawarł równolegle na kwotę 100 zł. A więc to od tych 100 zł, a nie 8 tys., będą odprowadzone wszystkie składki. Różnica wynosi na poziomie 2500 zł. I tylko zastrzeżenie: tak jest pod warunkiem, że te dwie umowy dotyczą różnych rodzajowo zleceń, np. 8 tys. za wykonanie szafek w kuchni i na 100 zł zawarta z sąsiadem za wyprowadzanie jego psa na spacer (pies nie ma tu nic do gadania).

 

2. Druga dotyczy spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Zmorą w tych spółkach są koszty składek ZUS płacone Członkom Zarządu, najczęściej Prezesom. Obroną przed wysokimi składkami jest zaniżanie tych kosztów poprzez zatrudnianie ich na 1/10 etatu za 160 zł lub też świadczą oni pracę nie pobierając za to wynagrodzenia (legalne, ale spółka nie ma kosztów i jak przynosi dochód, „podwójnie” opodatkowana jest dywidenda, więc też się na tym traci). A po co, skoro można legalnie. Jak? Walne Zgromadzenie Wspólników podejmuje uchwałę przyznającą Prezesowi Zarządu wynagrodzenie za zarządzanie i kierowanie Spółką w wysokości, dajmy na to, 10 tys. zł. I Prezes te pieniądze bierze. Czy płaci od tego składki ZUS w wysokości 7200 zł (jak z umowy o pracę)? Nie, nie płaci. Dlaczego? Bo w art. 6 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych wymieniono ze 40 grup podatników, którzy są takimi składkami objęci, ale przypadkiem pewnie nie znalazł się wśród nich członek zarządu spółki. Nie znalazł się, to nie płaci. Jakie to proste. Wzór uchwały przyznającej wynagrodzenie Prezesowi jest ewentualnie dostępny u mnie.

 

3. Umowa o dzieło zawarta z własnym pracodawcą. Niby nie wolno, bo trzeba zapłacić od niej składki ZUS. Chyba, że pracownik jest akurat przypadkiem w tym czasie na urlopie bezpłatnym. Zawarcie umowy o dzieło z taką osobą nie powoduje bowiem dla niej tytułu do obowiązkowych ubezpieczeń. Dlaczego? Bo dla celów ubezpieczeniowych osoba przebywająca na urlopie bezpłatnym traci status pracownika. W trakcie korzystania z takiego urlopu stosunek pracy, choć nie jest rozwiązany, to jest zawieszony – pracownik nie świadczy pracy, a pracodawca nie wypłaca mu wynagrodzenia. Tak zawartą umowę o dzieło uważa się za samodzielną umowę, a jej wykonawcy nie zgłasza się do ubezpieczeń i przychód z tej umowy nie podlega składkom ZUS. Identycznie jest z osobami przebywającymi na urlopie wychowawczym i macierzyńskim. Też można z nimi zawierać umowę o dzieło i nie będzie ona podlegała składkom ZUS.

 

I na koniec jeszcze małe wyjaśnienie. Tytuł „Jak nie płacić składek ZUS” jest oczywiście „chwytem marketingowym” mającym wzbudzić Wasze zainteresowanie i mającym spowodować, że tekst przeze mnie z takim mozołem napisany, przynajmniej w części zostanie przeczytany. Bo tak naprawdę powinien on brzmieć „Kiedy nie muszę płacić” lub wręcz „Kiedy nie powinienem płacić składek ZUS”, ale to nie jest wystarczająco nośne.

Nie powinienem wtedy, kiedy wolno mi ich nie płacić. Przedstawiony powyżej przeze mnie materiał to po prostu spojrzenie na problem płacenia składek „z drugiej strony”. Wszystkie gazety, poradniki, broszurki pełne są tekstów opisujących kiedy ZUS trzeba płacić. Ja zastanowiłem się, kiedy tego robić nie trzeba. I to zawarłem powyżej. Do wykorzystania i stosowania.

Wojciech Kornak, 27 lutego 2013 r.