Urodziłem się w Warszawie w roku, w którym powołano do życia Polską Akademię Nauk i Wojskową Akademię Techniczną. Już sam ten fakt powinien spowodować u mnie, od najmłodszych lat, niepohamowany pęd do nauki. Nie spowodował!

Pierwsze lata życia mijały mi na zdobywaniu podstawowych umiejętności przedstawiciela gatunku ludzkiego. Uczyłem się chodzić… mówić… biegać… jeść (tu zanotowałem szczególne osiągnięcia).

Pominąłem w swoim życiu okres przedszkolnej integracji. Nie uczęszczałem do przedszkola ani w systemie dziennym, ani wieczorowym, czy też zaocznym. Swoje umiejętności z zakresu nauk społecznych (głównie konflikty z ówcześnie znienawidzoną i obciachową płcią przeciwną – to już mi przeszło!), czy też doświadczenia z zakresu nauk ścisłych, a zwłaszcza fizyki – jaki tor zakreśli w powietrzu rzucony w kolegę samochodzik? - zdobywałem głównie na podwórku w piaskownicy, gdzie często zostawiała mnie mama.

W wieku 7 lat rozpocząłem nowy etap w moim życiu. Tak, dopiero w wieku 7 lat. Ale nie z uwagi na moje intelektualne opóźnienie, raczej ze względu na ówcześnie obowiązujący system kształcenia podstawowego. Już od pierwszej klasy obiecałem sobie, że będę bardzo dobrym uczniem. Słowa nie dotrzymałem. Wykazywałem jedynie zapał do przedmiotów ścisłych, powodując w mieszkaniu dwa wybuchy i jeden pożar. Po wyjaśniającej mi wiele rozmowie z ojcem (pamiętam do dziś, bolało), porzuciłem fizykę z chemią i oddałem się matematyce. Szkołę podstawową zakończyłem, ku uciesze wszystkich - i mojej i całego grona pedagogicznego (pamiętam te ich odprężone twarze) - w przewidzianym programem terminie.

Podjąłem pierwszą życiową decyzję. Wybrałem szkołę średnią. Padło na XLVIII Liceum Ogólnokształcące im. E. Dembowskiego na Ochocie. Jedno z trzech, w tamtym okresie, najlepszych w Warszawie. Ale nie to było moim kryterium wyboru. Ono było najbliżej mojego domu. Ponieważ egzamin wstępny nie stanowił dla mnie większego problemu, swój cel zrealizowałem.   

Szkoła ta, oprócz mnie, wyedukowała wiele wybitnych osób. Skończyli ją również Korneliusz Pacuda, prof. Paweł Śpiewak (razem ze mną), Tomasz Zubilewicz czy Kayah.

Po maturze przyszedł czas na studia. Za namową ojca, wbrew własnym przekonaniom, wybrana została Mechanika Precyzyjna na Politechnice Warszawskiej. Egzaminy zdałem, zostałem przyjęty.

Moje życie zaczęło toczyć się w wielkim pędzie. Nowi ludzie, nowe doświadczenia, kluby studenckie, rajdy, Juwenalia, nauka… No nie, na naukę to już akurat czasu nie było. Tym bardziej, że to było nudne i nie interesowało mnie wcale. Ale solidny podkład i przygotowanie na poprzednich poziomach edukacji pozwoliło mi „prześlizgać się” na Politechnice przez 3 lata. Aż w końcu, po nie zaliczonym komisyjnym egzaminie z matematyki Politechnika powiedziała: dość! I skreśliła mnie pewnego majowego dnia z listy swoich studentów. Bardzo mnie to zabolało. Mnie? Przez matematykę?

Bezpośrednio po tym egzaminie wsiadłem w tramwaj i pojechałem na Krakowskie Przedmieście. Złożyłem dokumenty wymagane do egzaminu wstępnego na Wydział Matematyki Uniwersytetu Warszawskiego. Egzaminy zdałem i zostałem przyjęty.

Nowi ludzie, te same kluby, podobne rajdy, nowe doświadczenia, nowa… dziewczyna? No i tu się coś w beztroskim planie zacięło. Ożeniłem się. Pojawiła się też, nie wiedzieć skąd, nauka. Wydział Matematyki skończyłem bez problemów z oceną elegancką.

Poszedłem do pierwszej w życiu pracy w „budżetówce”. Przekonałem się, że nie jest moją pasją bezmyślnie wykonywanie poleceń przełożonych. Szybko odkryłem dzisiejsze znaczenie zwrotu „szeroki zakres odpowiedzialności” (co znaczyło, że każdy w biurze mógł mi rozkazywać), „dobre zdolności komunikacyjne” (wysłuchaj kierownika, później zgadnij co chciał powiedzieć i wykonaj to bezbłędnie) czy „umiejętność radzenia sobie ze stresem” (codziennie rano „dywanik” u szefa).

Dlatego, gdy 1990 roku „uwolniono gospodarkę” i można było „iść na swoje”, skwapliwie z tego skorzystałem. Rzuciłem się w wir przedsiębiorczości. Zakładałem firmy, rozwijałem się, upadałem, dźwigałem na nogi – działałem.

W tym czasie też zrozumiałem, że jedynym miejscem, w którym mają zbyt wygórowane pojęcie o moich możliwościach jest mój Urząd Skarbowy. Próbowałem to zmienić. Nie było łatwo. Bo jak mawiają daltoniści: Życie jest jak tęcza – raz biało, raz czarno. Ja też trochę wygrałem, trochę przegrałem, ale wiele się nauczyłem. Dlatego, gdy w podobne kłopoty popadli moi znajomi, zacząłem im pomagać.

Od tego się zaczęło…


Wojciech Kornak